wtorek, 7 kwietnia 2020

Lorelei DO Jakurai'a

Rozbudziłem się dopiero na następny dzień. Skąd to wiedziałem? Najpewniej dlatego, że promienie słońca zaczęły grzać mój ogon, wystający z wanny. Oczywiście zostawili mnie w tym baseniku... Nie... Moment...
Otworzyłem oczy, rzucając okiem po pomieszczeniu. Przecież to było całkowicie obce miejsce... Raptownie się podniosłem i rozglądnąłem. Wydawało mi się, że raczej nikt mnie nigdzie nie zabierał. Zmarszczyłem brwi, próbując sobie przypomnieć co się tak właściwie działo.
- Definitywnie miałem jakieś apogeum choroby, w szczególności swędzenia... Potem mnie przenieśli z akwarium... Chyba po kogoś dzwonili. O! Tak to musiało być to! - pacnąłem ręką w brzeg wanny.
Czyli to miało być miejsce, gdzie mieli mnie leczyć. To definitywnie nie szpital mimo tego jednak wolałem, by nim nie był.
Ręką przejechałem wzdłuż ramienia, by zacząć się drapać. Dopiero po dłuższej chwili pojąłem, że nie musiałem się nigdzie drapać, gdyż swędzenie było dosyć znośne w porównaniu z wczorajszymi objawami.
- Przestało swędzieć? - zaskoczony się obejrzałem, szukając jakichś dziwnych oznak. Opadłem do wody z błogim uśmiechem. Było jej ty zdecydowanie za mało. Spojrzałem w kierunku kranu i diabelsko się uśmiechnąłem. Przecież nic się nie stanie, jeżeli napuszczę jej troszeczkę więcej. Bez większego namysłu go chwyciłem za niego i odkręciłem. Chwilę tak nim kręciłem, poszukując odpowiedniej temperatury wody. Usatysfakcjonowany klasnąłem w dłonie. Wreszcie mogąc się rozkoszować świeżą wodą, napływającą do zbiornika. W ten sposób mogłem sobie żyć, nawet mieszkać.
Skoro sprawa wody została rozstrzygnięta, zacząłem dokładniej przyglądać się otoczeniu.
"A jeśliby tak spróbować..."
Próba przemiany ogona w nogi jednak nie poszła jak po mojej myśli. Nadal miałem swój kochany rybi ogonek.
- Okej z tym też mogę pracować. - mówiąc to do siebie, podniosłem się na rękach i jak najciszej się dało, wyślizgnąłem się z wanny.
Podczołgałem się do drzwi i wlepiłem wzrok w klamkę. Wydawała się wręcz nieosiągalnym celem... Teraz trzeba było wymyślić jak je otworzyć, nie naciągając sobie ramienia. Chwyciłem się umywalki i drugą ręką sięgnąłem do klamki. I tak oto drzwiczki stanęły przede mną otworem.
- Oh brawo Lorelei, jaki z ciebie jest geniusz. Całkiem nieźle jak na rybkę na suchym lądzie. - dumny z siebie opuściłem się znowu na kafelki.
Z zaskakującą gracją przeczołgałem się na panele. Na szybko zbadałem wzrokiem korytarz. W sprawie całego wystroju. Musiałem przyznać całe wnętrze było w przyjemnych dla oka kolorach. Chociaż dodałbym więcej niebieskich czy też błękitnych barw oraz jakieś fajne ryby! Przynajmniej dzięki niemu nie musiałem już skakać na drzwi... Na razie. Przeturlałem się do schodów. Złapałem za barierkę i dociągnąłem się do pierwszego schodka, o który oparłem ręce. Próbowałem spojrzeć w dół, aby dowiedzieć się, czy jestem tu sam. Nasłuchiwałem moment. Cisza. Może jednak byłem? Wzięło mnie na to, by coś powiedzieć, zapytać się... Jednakże wtedy moja wycieczka krajoznawcza zostałaby przedwcześnie przerwana. Odrobinę niezdarnie odsunąłem się od schodów. Poruszanie się tyłem było znacznie cięższe niż łażenie na wzór foki.
Zdecydowanie przemieściłem się do drzwi, znajdujących się po drugiej stronie korytarza i popchnąłem je ręką.
Niestety zostały one najwidoczniej zabezpieczone na ewentualny napad zdziczałej ryby z wanny. Dobra świetnie... Szybkim ruchem sięgnąłem rączką do klamki. Usłyszałem w ramieniu ciche strzyknięcie i aż się skrzywiłem.
- Zajebiście... - mruknąłem do siebie pod nosem, chwilę później słysząc kliknięcie klamki.
"Ha! Zostanę kiedyś profesjonalnym włamywaczem!"
Kolejny pokój był znacznie ciekawszy niż łazienka czy korytarz. Łóżko nie było najciekawszym elementem, lecz te zamknięte pudła... Przewierciłem je wzrokiem na wylot, starając się walczyć z jakimś wewnętrznym głosem, rozkazującym mi bym w tempie natychmiastowym sprawdził zawartość pudełek.
Szkoda, iż moja wola nie była na tyle silna, by mnie przed tym powstrzymać. To jak dopadłem do jednego z pudeł, wyglądało niczym wygłodniały pies. Napadający na miskę żarcia po tygodniu głodzenia. Pospiesznie zerwałem taśmę z kartonu, następnie niczym się nie przejmując, począłem wyciągać wszystkie przedmioty z jego wnętrza. Pech chciał, iż nie było w nim nic cennego, czy też ciekawego. Różne książki, które z należytym szacunkiem odstawiłem na bok. Do tego jakieś mało ciekawe drobiazgi. Te już rzuciłem za siebie z kompletnym brakiem zainteresowania. Co tu mogło być więcej do oglądania? Oczywiście pudeł było jeszcze parę, aczkolwiek po rozczarowaniu, jakiego doznałem, teraz nie spodziewałem się w nich już ani części ciała, ani tajemnic. Naraz wśród tych kartonów coś przykuło moją uwagę. Ostrożnie się do nich zbliżyłem, sięgając między nie ręką. Udało mi się pochwycić obiekt, który wzbudził moje zainteresowanie.
I gdy tak z niemałym zadowoleniem z siebie dumnie machałem płetwą na boki, usłyszałem za sobą trzask. Pod wpływem impulsu odwróciłem się, kompletnie zapominając o trzymanym instrumencie. Rozległ się kolejny trzask. Tym razem znacznie głośniejszy, ponieważ reszta pudeł się wywróciła, o mały włos mnie nie przygniatając. Na moje szczęście zdążyłem jeszcze, pochwycić gitarę nim ta upadła na ziemię. Po tym wszystkim zamarłem w bezruchu.
"Oby nikogo nie było. Błagam oby nikogo nie..."
Ma kompletnie desperacka prośba w głowie została przerwana jakimiś odgłosami z dołu. Zbyt szybko zmieniły się one w kroki na schodach. Tak oto w napływie kompletnej paniki porzuciłem instrument, żeby zacząć szukać miejsca do ukrycia się. Ucieczka nie wchodziła w grę no bo jak. No JAK CZOŁGAJĄC SIĘ JAK FOKA MAM UCIEKAĆ?! Nie pozostało mi nic innego jak pełne paniki wturlanie się pod łóżko. Tam schowałem twarz w rękach, modląc się by to była jakkolwiek dobra kryjówka. Co z tego, że ogon się tam nie zmieścił. Może nie zauważy... Gdy usłyszałem kroki w pokoju, zamarłem. Na moment dosłownie przestając oddychać. Po chwili zatkałem sobie uszy, a oczy zwyczajnie zacisnąłem. Tak, aby nie musieć słyszeć ani patrzeć. Owa niepewność trwała jak mi się zdawało wieki. Jedynie mogłem błagać w myślach by osoba, przecież nie było tu nic ciekawego. W tym momencie poczułem dwie ręce na ogonie. Delikatnie mimo to zdecydowanie wyciągnięto mnie z mojej wspaniałej kryjówki. Pierwsze co zrobiłem, to zacząłem się wiercić. Próbując jakoś uwolnić rybią część ciała. Dopiero gdy poczułem, że płetwa została uwolniona, odważyłem się otworzyć oczy i zdjąć ręce z uszu. Zamrugałem, spoglądając na istotę, przez którą zostałem "zaatakowany". Na moment oniemiałem z wrażenia, dalej wpatrując się w mężczyznę.
- H-hejkaaaa? - wydukałem, jak najentuzjastyczniej się dało, przy czym uroczo się uśmiechnąłem. - Chyba się zgubiłem...

( Jakurai? )

niedziela, 5 kwietnia 2020

Jakurai DO Loreleia

Pozwoliłem sobie na jeden dzień wolnego. Potrzebowałem trochę odpoczynku od całego zgiełku miasta, trochę przestrzeni w której będę mógł mieć ciszę. Centrum miasta mnie strasznie męczyło, mimo że miałem blisko do szpitala w którym pracowałem, zaczynało mnie to wszystko dobijać. Kiedy miałem wolne a coś się działo to nawet do mnie nie dzwonili, tylko przychodziła jakaś pielęgniarka, mówiąc że jestem potrzebny. Działało mi to na nerwy. Ale nie mogłem zatrzasnąć im drzwi przed nosem chociaż niejednokrotnie miałem na to ochotę. Moją nadzieją było wyprowadzenie się gdzieś dalej. Porzuciłem mieszkanie w wieżowcu i zacząłem rozglądać się za czymś bliżej... Hm.. Może potrzebowałem tylko takiego domku, zdala od miasta, gdzie miałbym naprawdę kąt dla siebie? Albo taki domek gdzieś na wiosce, gdzie więcej kur niż istot ludzkich? To przyjemna wizja. Ale ta druga niewykonalna. Transport do miasta za długo by zajmował. Ale moja natura wymaga ode mnie tego, zbliżenia się bardziej do świata zwierzęcego, wejścia w bardziej naturalne środowisko jak lasy czy wsie. Chciałbym? Bardzo. Ale mam pracę, której nie mogę ot tak zostawić. Nie tyle że jej potrzebuje aby zarabiać, ale ludzie potrzebują mnie abym ich leczył. Zadarłem głowę do góry i wpatrywałem się w jasne, bezchmurne niebo. Było ciepło i przyjemnie, wiatr nawet nie dawał się mocno we znaki, a wręcz dodawał miłej, letniej bryzy. Wyłączyłem telefon, ale wiedziałem że każdy wydzwania, to już chyba się po prostu czuje w kościach, że nawet jak mam wolne to nie dadzą mi odpocząć. Nie włączyłem jednak urządzenia, aby oddzwonić. Teraz był czas tylko i wyłącznie dla mnie. Dotarłem spokojnym spacerem na obrzeża miasta, gdzie miałem się spotkać ze sprzedawcą. Kiedy dotarłem pod wyznaczony adres postanowiłem chwilę na niego poczekać, jako że mieliśmy spotkać się przed domem. Miałem chociaż czas na przyjrzenie się obiektowi, a im dłużej to robiłem tym bardziej pewny byłem że go kupię. Ten wszechobecny spokój i cisza. To było to czego potrzebowałem. Moją sielanke i rozmyślania przerwał nie kto inny jak sprzedawca tego pieknego budynku. Przywitałem się z nim krótko, po czym zaprosił mnie do środka. Wnętrze było jeszcze przyjemniejsze niż dwór, wydawało się puste, jako że nikt nie mieszkał tu od wielu lat, ale niezmiennie czyste i spokojne. Rozmawialiśmy chwilę przy kawie, siedząc na dużej białej kanapie w salonie, który był połączony też z kuchnią. Dom z zewnątrz wydawał się mniejszy niż był w rzeczywistości w środku, to mnie zadowalało. Rozmawialiśmy trochę żartując i trochę rozmawiając o pieniądzach. One nie stanowiły dla mnie roli, dla takiego miejsca byłem gotów wydać wszelkie środki. O dziwo sprzedawca nie chciał wygórowanej ceny, wyjaśnił wprost, że ten dom dostał w spadku, ale nigdy nie chciał tu mieszkać, więc jak najszybciej chce go sprzedać, aby się nie zniszczył przez czas. W sumie to było dość logiczne, pusty dom szybciej tracił na wartości i szybciej się rozpadał niż ten zamieszkały. Miałem nadzieję że ta posiadłość szybko jednak nie straci wartości i szybko zostanie sprzedana, oczywiście nie komu innemu jak mi. Mężczyzna chętnie przystał na moją propozycję, miał widoczny sentyment do tego miejsca a jednak udało mi się w nim wzbudzić na tyle zaufania aby mi je odsprzedać wraz z tą wartością sentymentalną. Tego samego dnia podpisaliśmy umowę i mogłem spokojnie się tutaj wprowadzać. Tego samego dnia już większość moich rzeczy z mieszkania znalazła się w tym domu. Przytulnym, niewielkim domku, gdzieś na obrzeżach miasta, w jakiejś miejscowości w Królestwie Wschodnim. Niby tak anonimowo i nieznacząco, a jednak wszyscy wiedzieli kim jestem, ale teraz chociaż nie wiedzieli gdzie mieszkam.

Pod wieczór gdy już miałem pewność że nikt po mnie nie zadzwoni, bo w końcu jak skoro mam wyłączony telefon i żadnych znaków życia, sięgnąłem po kieliszek z zamiarem świętowania zakupu. Co prawda w domu i sam, ale nie przeszkadzało mi to. Siedząc na puchowym, białym dywanie cieszyłem się nowym miejscem, moim własnym i prywatnym. Postanowiłem nawet w pewnym momencie włączyć mój telefon, który od razu zamienił się niemal w wibrator, bo teraz właśnie zaczęły przychodzić wszystkie wiadomości i nieodebrane połączenia. Ledwo udało mi się usunąć dotychczasowe, a znów ktoś do mnie zaczął dzwonić, z ciężkim westchnieniem odebrałem telefon. Była to jedyna dzisiaj sprawa, do której miałem zamiar pojechać. Nie dlatego, że to było dla mnie aż takie ważne, a dlatego ze coś mi tam nie grało. Wsiadłem w taksówkę i po kilkunastu minutach znalazłem się w rezydencji. Nie wiedziałem czyjej, ale gdy zaproszono mnie do środka wszystko szybko się wyjaśniło. Wprawdzie od momentu usłyszenia 'ozdoba się rozchorowała' przestałem słuchać całkowicie. Już wiedziałem po co i dlaczego tu jestem i skąd to wygórowane wynagrodzenie za przyjazd. To miała być zapłata za milczenie. W końcu przyszedł do mnie właściciel posiadłości i zaczął tłumaczyć co jest jego rybie. Miałem ochotę rzucić, że nie jestem weterynarzem i wyjść, ale wiedziałem że to tylko metafora. A utwierdziło mnie w moim przekonaniu ujrzenie ledwo żywej syreny w baseniku po środku salonu. Przejrzałem się śladom na skórze i płetwach syreny. Jak dali radę doprowadzić go do takiego stanu? Przykucnąłem przy mężczyźnie i ponownie mu się przejrzałem, kompletnie już ignorując właściciela, który rzucał jakimiś słowami które niezbyt mnie interesowały. Westchnąłem wreszcie lekko, na gadanie faceta, który zapłacił za mój przyjazd i spojrzałem na niego poważnie. Mimo że trochę wypiłem, byłem w stanie określić co tu się dzieje. Rzuciłem do niego tylko chłodno:
- Muszę go stąd zabrać. Jak tak dalej pójdzie to nie dożyję jutrzejszego południa. - Widziałem zmieszanie w oczach i na twarzy mężczyzny, połączone ze strachem i wewnętrzną walką. Nie był idiotom. Wiedział że "jego" syrenka może się wygadać o nielegalnym handlu. Ale skinął lekko głową. Liczył, że jak zapłaci grube pieniądze za lekarza to się nikt o tym nie dowie? Niedoczekanie. Właściciel po chwili wyszedł z pomieszczenia więc zostałem sam z syreną. - Masz siłę na przemianę? - spytałem spokojnym tonem. - Wtedy będzie łatwiej mi stąd Cię zabrać.
W odpowiedzi dostałem słabe pokręcenie głową, fakt, czego miałem się spodziewać. Transport czy tak czy tak i tak będzie bolesny dla syrena, czego bym nie zrobił aby temu zapobiec. Rany które powstały w wyniku drapania i zakażenia będą się na pewno długo goiły. Gdy wrócił mężczyzna i zaproponował że zorganizuje transport, nie zgodziłem się. Nie po to kupowałem dom, żeby ktoś znał mój adres, nawet do taksówki wsiadłem kilka ulic dalej od domu. Wolałem ponadto sam sobie go zorganizować, jako że nie mogłem też później pozwolić aby właściciel przyszedł po syrenę. Podszedłem do nieprzytomnej prawie syreny i podniosłem, w międzyczasie dostałem również koc od pracowników, więc mogłem owinąć nim mężczyznę. Widziałem ten sprzeciw w jego zamglonych oczach, ale też nie był w stanie bardziej na to zareagować. Skinąłem lekko głową na pożegnanie i z pomocą pracowników rezydencji udało mi się wyjść z niej, wraz z syreną. Taksówka czekała więc szybko wsiedliśmy do niej, miałem nadzieję że syren nie przeziębi się przez to dodatkowo. W trakcie drogi nie byłem pewien czy zasnął czy stracił przytomność, ale na pewno czuł większą ulgę niż gdy był przytomny. Pod sam dom dotarłem już sam, musiałem zadbać o swoją prywatność, aby znowu nikt nie przychodził do mnie bez zapowiedzi. Wniosłem syrena do domu i prosto podążyłem do łazienki. Tam włożyłem nieprzytomnego mężczyznę do wanny i zdjąłem z niego koc. Dostosowałem temperaturę i podałem mu lek, aby rano nie czuł takiego swędzenia. Na razie tylko tyle mogłem zrobić, przynajmniej dopóki był nieprzytomny. Z westchnieniem usiadłem przy wannie. W co ja się znowu wpakowałem. To nie mogło skończyć się dobrze, ale nie mogłem pozwolić aby tam wrócił. To mogło skończyć się tylko źle. Na tych rozmyślaniach zasnąłem przy syrenie.

***

Obudziłem się nad ranem, z okropnym bólem kręgosłupa i głowy. Sen w takiej pozycji to nie było dobre wyjście. Wstałem z cichym jękiem bólu i strzeleniem zastałych kości. Mój gość jeszcze spał, więc miałem akurat okazję i czas aby przejść się do sklepu. Bałem się trochę, że mógłby obudzić się pod moją nieobecność, ale musiałem też zrobić mu coś do jedzenia, a jako że wczoraj dom kupiłem to lodówka nawet chyba nie jest włączona. Wyszedłem z pomieszczenia i cicho zamknąłem za sobą drzwi. Ogarnąłem się szybko i wyszedłem z domu. Szybko dotarłem do pobliskiego sklepu, w którym też dostałem wszystko co potrzeba. Nawet basen odpowiedniej wielkości. Cóż... Wanna dla syreny jest jednak trochę mała. Nim mój podopieczny się obudził wróciłem do domu i przygotowałem mu śniadanie, na ciepło zrobiłem tylko herbatę, nie mając pewności kiedy się obudzi. Położyłem talerz z posiłkiem na szafce obok wanny a sam poszedłem do salonu, musiałem trochę poczytać o tych objawach, jako że nie miałem pewności która to choroba, jako że takie objawy wywoływały dwie. Usiadłem na kanapie z książką medyczną w dłoniach. Miałem zamiar sprawdzać czy mój gość się nie obudził co jakieś pół godziny.

Lorelei?

Bishamon DO Yonkiego

Lekko zdziwiła mnie reakcja Boga, czyżby był aż tak zaskoczony że go rozpoznałam? Pamięć miałam całkiem niezłą, nawet jeśli widziałam kogoś z dwa razy w życiu. Mimo tego cieszyło mnie że sam Yonki też wiedział kim jestem. Byłoby niezręcznie gdybyśmy wiedzieli że oboje jesteśmy bogami ale nawet nie pamiętali swoich imion. Po dokładniejszym przyjrzeniu się bogu, mogłam z łatwością stwierdzić, że kompletnie nic się nie zmienił. Sama też pewnie bardzo się nie różniłam, niż wtedy wyglądałam. Boska długowieczność pozwala na brak jakichkolwiek objawów starzenia, a sami też często wyglądu nie zmieniamy, bo po co?
– Cóż, nic się nie zmieniłeś odkąd ostatni raz cię widziałam. - stwierdziłam uśmiechając się do boga.
– Ma się ten wieczny urok – uśmiechnął się i wzruszył lekko ramionami.
Jak widać nadal był tym pogodnym bogiem na przekór temu co mówili o nim inni. Nigdy nie wyglądał mi na Boga chaosu. Był... Zbyt ułożony. I nie było w tym nic złego, ale raczej inni bogowie przedstawiali go trochę inaczej.. Czy mi to przeszkadzało? W żadnym stopniu. Nigdy nie zawierzyłam na słowo tej bandzie idiotów bez potwierdzenia. A to był tylko kolejny przykład tego, że najczęściej gadali od rzeczy. Widząc jego zamyśloną twarz i lekki uśmiech wiedziałam już że coś się szykuje. Szczerze ciekawiło mnie co zrodziło się w głowie nieprzewidywalnego boga chaosu, ale jednocześnie nie byłam pewna czy jego pomysł będzie jednym z tych dobrych.
– Co tam u ciebie? – Po tym pytaniu już wiedziałam, że Yonki'ego wymyślił coś i chciałby w tym mojego udziału. – Pewnie masz wolny czas, skoro chodzisz i wpadasz na innych.
– A mam – odpowiedziałam spokojnie z lekkim zawahaniem w głosie. Nie mogłam przecież pozwolić sobie na ton z czystą ciekawością, bo owszem, zainteresował mnie.
Ciekawiło mnie co Bóg wymyślił i jaki miałabym mieć w tym udział, nie powiem, że by mi przeszkadzało jakbym mogła zająć się czymś ciekawszym niż łażenie bez celu po mieście i jak to ładnie określił wpadanie na innych.
– Może bym ci jakoś pomógł? Tak się składa, że ja też mam wolny czas. – Odparł.
Nie byłam pewna o co mu dokładnie chodzi, nie mogłam go nigdzie zabrać, zwłaszcza do pracy. Ale chętnie spędziła bym jakoś ciekawie z nim czas. Nie wątpiłam, że Bóg chaosu na pewno potrafi jakoś ciekawie zagospodarować dzień. Nie wiedziałam jednak czy mogę mu ufać.
– Pomógł? Jak? - Spytałam uważnie mu się przyglądając, jakby starając się odczytać co chodzi mu po głowie.
– Jak chcesz. – Wzruszył ramionami. – Pochwalę się, że jestem bardzo dobry w znajdywaniu przygód.
Na jego twarzy zobaczyłam dumny uśmiech i już byłam kupiona. Byłam szczerze ciekawa co możemy razem zdziałać, któż to w końcu widział w akcji boga chaosu w współpracy z boginią wojny? Co może pójść nie tak poza wywołaniem opłakanych w skutkach wydarzeń? Dokładnie, nic więcej. Więc byłam gotowa przystać na propozycje, nie ważne jak szalenie by brzmiała, w pracy miałam kontakt z takim szaleństwem że chyba weszło to aż we mnie. Ta potrzeba działania, walki i szaleństwa wokół. Uśmiechnęłam się do Yonkiego.
- W zasadzie to chyba nawet możesz. - powiedziałam przyjaznym tonem. - A skoro jesteś dobry w szukaniu przygód to tym bardziej. Jak sam trafnie zauważyłeś mam trochę wolnego, więc chętnie zrobię coś ciekawszego niż spacerowanie po mieście bez celu. - stwierdziłam spokojnie. Bóg również się uśmiechnął, wiedziałam, że jest zadowolony z tej odpowiedzi i mojej chęci do zrobienia czegoś. - Co powiesz jednak na początku na kawę?
Yonki zgodził się praktycznie od razu, co nie rozczarowało mnie, udaliśmy się spokojnie do pobliskiej kawiarni, gdzie zajęliśmy się swobodną rozmową. Chciałam trochę podpytać, gdzie był i co robił kiedy kompletnie odciął się od świata bogów. Mimo że ja wiele nie mogłam o sobie powiedzieć, to chętnie bym posłuchała o historii innych. Jako że rzadko wprawdzie z kimś rozmawiałam, to dobrze mi było podczas tej z Yonkim.
- Co w sumie robiłeś od naszego ostatniego spotkania, na którym Cię widziałam? - spytałam z lekkim uśmiechem.
- W sumie to podróżowałem, nigdy nie usiedziałem gdzieś na dłużej. - wzruszył lekko ramionami odwzajemniając uśmiech. - A Ty? - spytał po chwili.
- W sumie to można by powiedzieć, że też trochę podróżowałam. - powiedziałam, była to tylko część prawdy, ale całej powiedzieć bym nie mogła. - Wydaje mi się że masz jakiś pomysł na znalezienie przygody, prawda? - spytałam z uśmiechem.

Yonki? Wybacz że tak krótko.

Yonki DO Loreleia

Wydające się nie mieć końca głębiny oceanu przemierzał samotny rekin. Wykonywał powolne, płynne ruchy, brnąc przez wodę. Zbliżała się pora jego posiłku, czuł to wyraźnie po ogarniającym go głodzie. Węszył w okolicy, jednak nie mógł się doszukać ani jakiegoś ciekawego zapachu, ani tym bardziej świeżej krwi. Łypnął okiem na niewielką ławicę małych rybek. Nie, nie rzuci się na nie. Mniejsze zawsze były od niego szybsze, a jemu nie chciało się męczyć i uganiać za nimi. Że też żaden większy zwierz nie chciał sam się wpakować do jego pyska. Co za świat!
Płynął tak, gdy nagle dostrzegł wystający zza dużego głazu barwny ogon. Był on niemałych rozmiarów, więc wskazywał na całkiem sporą rybę. Duża płetwa ogonowa przypominająca skrzydła motyla wykonywała jedynie drobne ruchy, jakby osobnik nie był niczego świadomy. Idealnie. Wreszcie coś porządnego...
Ale chwila. Skądś kojarzył tego motyla. Już raz go gdzieś widział. Zaciekawiony tym podpłynął bliżej. Wtem jego ślepiom ukazała się cała sylwetka stworzenia. Stosunkowo niewielkich rozmiarów (w porównaniu z pobratymcami) tryton tkwił przy dnie i zdawał się czegoś szukać między głazami i kamieniami. Rekin zmierzył go wzrokiem, gdy nagle gwałtownie zawrócił i przyspieszając odpłynął w długą. Wyglądał na naprawdę wystraszonego, aż pobliskie ryby patrzyły na niego, jakby zastanawiały się, przed czym... a raczej kim tak ucieka.
Yonki dalej przebierał rękami w piasku, który unosił się tworząc swego rodzaju mgiełkę nad dnem. Mniejsze płetwy ogonowe były rozłożone, ukazując motyla w całej swej okazałości – drobne ruchy ogonem sprawiały, że wydawał się on latać w bardzo zwolnionym tempie. Bóg w ogóle nie spostrzegł rekina, zupełnie pochłonięty szukaniem. A czego to on szukał?
– Bartolomeo! Bartolomeo! – wołał co pewien czas.
Zaginął jego przyjaciel. Chwila nieuwagi i już gdzieś przepadł, co było do niego niepodobne. Nigdy nie odpływał bez dania żadnego znaku, mało tego, jak przychodziła pora na pożegnanie, to Yonki zwykle pierwszy odchodził. Dlatego to zachowanie było niecodzienne, a bóg nieustannie zastanawiał się, co mogło być tego przyczyną. Obraził się? Pokręcił głową. Nie, Bartolomeo taki nie jest. On przecież mnie lubi. Dlaczego miałby ode mnie uciekać?
Próbując odpowiedzieć w myślach na nurtujące go pytania (oczywiście bez skutku) nadal szukał. Niestety, odnalezienie przyjaciela okazało się być zadaniem trudniejszym niż mu się wydawało. Nawet jeśli mógłby jakoś odróżnić go od innych podobnych do niego, jego zdolność kamuflażu utrudniała całą sprawę. Jeśli Yonki nie będzie uważny, to go nie znajdzie. Chociaż... w duchu miał nadzieję, że gdyby przepłynął obok przyjaciela, ten zaraz by wypłynął z kryjówki.
Mijał czas, a Bartolomea jak nie było wcześniej, tak nie było teraz. Bóg powoli tracił nadzieje i energię, w dodatku czuł, że za niedługo będzie musiał wyjść z wody. Czyli chyba nie znajdzie dzisiaj przyjaciela. Aish, co za pech! Oby się jutro odnalazł...
Zrezygnowany przeciągnął się, cicho mrucząc, po czym poprawił materiał spoczywający na jego ramionach. No trudno, wróci na ląd, odpocznie i później wróci. Może do następnego dnia go znajdzie? Oby tylko przez najbliższy czas nic mu się nie stało.
Wyprostował się, kokardka na jego szyi zafalowała, podobnie jak ta na materiale. Odwrócił głowę, gdy nagle otworzył szeroko oczy.
Ujrzał młodo wyglądającego trytona, który znajdował się jakieś dziesięć metrów dalej. Od razu zwrócił uwagę na jego lśniący złoty ogon, wyróżniający się na tle niebieskiej toni oceanu i szarawych kamieni. Przyjrzał mu się uważnie, choć nie było to łatwe, bowiem mężczyzna szamotał się jak szalony. Dopiero po chwili dostrzegł podobnej barwy coś dużego oplątanego wokół niego. Yonki zmrużył odrobinę oczy. Okej, teraz to już był w stu procentach pewny, co to było. Ośmiornica. Czym prędzej policzył macki.
– Bartolomeo! – zawołał nagle.
Krzyk ten od razu zwrócił uwagę trytona. Na pewien czas zastygł on w bezruchu, spojrzał na Yonkiego, przez przerażenie na jego twarzy zaczęło się przebijać zdziwienie. Zmierzył wzrokiem boga, unosząc brwi. Yonki zaś, nie zwlekając dłużej, podpłynął do niego. Bez zawahania chwycił obiema rękami ośmiornicę, mocno, ale jednocześnie uważając, by paznokciami jej nie zranić i zaczął ciągnąć do siebie. Ku jednak jego zaskoczeniu, zwierzę nie chciało puścić. Porządnie się przyssało do trytona.
– Bartolomeo, puść, no! – jęknął sfrustrowany.
Dopiero w tym momencie ośmiornica zabrała macki i dała się wziąć na ręce. Musiała rozpoznać boga, że podjęła taką decyzję, a do tego zaraz się do niego przytuliła. Yonki poczuł przyssawki na swojej skórze. Śmieszne to było uczucie. Niezbyt miłe, ale też nie tak nieprzyjemne. Po prostu śmieszne. I niecodzienne.
Podparł ciało ośmiornicy jedną ręką, drugą zaczął ją gładzić po płaszczu. Popatrzył na pozostałość po jednej z macek. Biedaczek jakiś czas temu głodował i zjadł swoje własne ramię, by przetrwać. Pomyśleć, że jeszcze ono nie odrosło. Chyba będzie musiał coś z tym zrobić.
Ręką zaczął macać kikut. Dotykał, dotykał, aż w końcu użył swoich zdolności. Momentalnie kończyna zaczęła się wydłużać, lecz wtem rozdwoiła się i wyrosły dwie macki. Yonki zamrugał parę razy, minimalnie się skrzywił. Za dużo chaosu. Chociaż nie wiedział, czy rzeczywiście za dużo, czy po prostu nie mógł tak po prostu sprawić, by wyrosła normalna macka. Może gdyby ośmiornice nie miały swojej samoregeneracji...
Przygryzł dolną wargę.
– No trudno, Lomeo, będziesz miał dziewięć macek – rzucił. – Przynajmniej dzięki temu staniesz się wyjątkowy – posłał zwierzakowi pocieszający uśmiech.
No i w ten sposób szybciej go znajdzie, jak znów się gdzieś zgubi... To znaczy, nie pomyli z innymi ośmiornicami. Chyba że któraś niespodziewanie zmutuje w taki sam sposób. Ale mniejsza.
Poklepał ośmiornicę po płaszczu. Dopiero w tym momencie zdał sobie sprawę, że przecież był jeszcze tamten złoty. Podniósł głowę, spojrzał na trytona, który wręcz pochłaniał go wzrokiem, wyraz twarzy wskazywał, że chyba nie za bardzo wie, co się właśnie wydarzyło. Ale co mogło się takiego wydarzyć? Yonki tylko zabrał z niego ośmiornicę, a potem uzdrowił jej ramię...
Nie, chwila.
A, no tak.
Zmierzył trytona wzrokiem z góry na dół. Ups, wydałem się – to nie brzmiało w jego myślach tak, jakby się tym specjalnie przejął. Ciekawe, ile mu zajmie przyjęcie do wiadomości, kim jestem.

Lorelei?

„Vivere nolit, qui mori non vult. ”

Powitajmy nową kobietę, co prawda zakonnice, ale nigdy nic nie wiadomo, Agathe Williams!

poniedziałek, 30 marca 2020

Dusty DO Aidena

<Poprzednie opowiadanie>
Minęło zaledwie parę minut a już dowiedziałem się trzech faktów, których chyba nigdy nie uda mi się usunąć z pamięci. Numero uno – czy wiedziałem, że ludzie niemal podskakują gdy chodzą? I w górę i w dół i w górę i w dół… gdybym miał to do czegoś porównać, to pewnie do kołyszenia statku na morzu. Nigdy nie znajdowałem się na pokładzie, ale w jednym z mieszkań, w którym przebywałem było okno z widokiem na pomost. Numero duo – włosy Aidena ładnie pachną. Tylko tak… bardzo ładnie. Nie wiem jak opisać zapach szamponu, po prostu… tak. I numero… three – Aiden ma ogromną ilość zadań do wykonania w ciągu jednego dnia.  Nie sądziłem, że jeden człowiek może robić tak wiele i nie paść ze zmęczenia! Kiedy tylko wyszliśmy z pokoju od razu podeszło do Aidena kilka osób, omawiając jego plan dnia, informując o najnowszych zdarzeniach w królestwie… czyste szaleństwo! A on nie wydawał się choć trochę tym zdziwiony, co oznacza, że spotyka to go codziennie!

Kiedy dotarliśmy na miejsce, ledwo się powstrzymałem żeby nie westchnąć z wrażenia. Sala Spotkań była ogromna! Wokół okrągłego stołu siedzieli ludzie, pogrążeni w głębokiej dyskusji. Gdy tylko zauważyli przybycie króla wstali i ukłonili się zgodnie. Aiden uniósł dłoń i kazał wszystkim powstać. Usiadł na największym fotelu w Sali ( można było się domyślić ) i zaczęły się obrady. Z zaciekawieniem słuchałem tematów rozmów – od kilkugodzinnych dyskusji na temat zamkniętego miasta do podpisania jakiegoś dokumentu na temat regulacji pietruszek. Słuchałem słów Aidena i nie mogłem wybyć się podziwu. Zachowywał się inaczej niż gdy był ze mną sam na sam, ale widać też było, że to ta sama osoba. Wyprostowany i spokojny, ważył swoje słowa i do każdego zwracał się z szacunkiem. Zaskakujące wydawało mi się to, że w oczach jego doradców widać było jak dobrym jest władcą. Patrzyli na niego z pewną iskrą, której nie sposób nazwać…

Nim się zorientowałem, wybiła godzina 14 i zbliżała się pora posiłku. Aiden zawędrował do jadalni i usiadł przy stole.  Siedziała już przy nim cudowna kobieta, której oczy wręcz raziły inteligencją i doświadczeniem. Rozpoznałem w niej matkę czarnoksiężnika. Uśmiechnęła się do syna i przywitała go. Po jakiejś minucie do pokoju weszły jeszcze 4 osoby – trójka dziewcząt i jeden chłopak. Przyjrzałem się im dokładnie. Każde z nich miało coś wspólnego z Aidenem – oczy jednej z dziewczyn świeciły podobną do niego inteligencją, a chłopak dzielił z nim uśmiech. Czy to… jego rodzeństwo? Usiedli przy stole i zaczęli rozmawiać. Przestali być rodziną królewską a stali się po prostu… rodziną. Zawsze uważałem to za jedną z najlepszych części mojego stylu życia. Nieważne kim ludzie są za dnia, co robią i gdzie pracują, kiedy są wśród bliskich wszystkie bariery opadają. Poważni ludzie bawią się w ciuciubabkę z dziećmi, gbury uśmiechają się jak nigdy dotąd a ci, którzy się uśmiechają wreszcie mogą sobie pozwolić na łzy. Poczułem  jak ciepło mi się robi w sercu. To naprawdę rozczulające. Wreszcie wniesiono do sali posiłek. Kiedy poczułem zapach jedzenia, niemal zleciałem z korony. Jedzenie pachniało bosko! Kto ma taki cudowny dar w dłoniach?

-Wiesz synu, wydaje mi się, że nasz gość może być głodny – odezwała się nagle matka Aidena.

Przepraszam,
Nani

The

Co?




Gdyby Aiden w ostatniej chwili nie uniósłby ręki, wpadłbym prosto do jego zupy. Spojrzałem na niego przerażony. Przecież… miał mnie nikt nie widzieć! Co się stało?? Aiden tylko westchnął i spytał:

- Czy coś jest nie tak z zaklęciem, które rzuciłem, matko? – kobieta tylko uśmiechnęła się.

- Miałam na myśli fakt, że nie zauważyłam go na śniadaniu i chciałam zaproponować żeby ktoś zaniósł mu posiłek, ale wydaje mi się teraz, że to zbędne. Jest tutaj z nami prawda? – spytała patrząc na wysuniętą dłoń Aidena. Czarnoksiężnik spojrzał na mnie przepraszającym wzrokiem i machnął palcem. Zamrugałem i spojrzałem na wszystkich nerwowo. Co się robi w takiej sytuacji? Kłania się? Macha? Wtedy usłyszałem westchnięcie i brat władcy odezwał się podekscytowanym głosem:

- Bracie, czy to jest prawdziwa wróżka?- zarumieniłem się. Wróżka? Czy ja wyglądam jak dziewczyna? ( tak, wyglądam, mam na sobie spódnicę, to jest oczywisty wniosek ) Aiden uśmiechnął się tylko i rzekł:

- Kochani, to jest Dusty, wróżek i gość w naszym domu. Dusty, oto moja rodzina – moją matkę Charlotte już poznałeś, Elisen, Amelle i Katie to moje siostry, a mój brat ma na imię Oscar. – tak….to ja… może… sobie pójdę? C-co się robi gdy się poznaje rodzinę królewską? W końcu pochyliłem głowę w niemym przywitaniu. Nie jestem wredny czy coś, prawda? Oscar wstał z krzesła i podszedł żeby mi się przyjrzeć.

- Miło mi cię poznać Dusty. Muszę przyznać, że pierwszy raz widzę wróżkę… wróżka w zmniejszonej formie! – kiwnąłem głową szybko i odsunąłem się trochę.

-Oscar, proszę, zachowuj się. Naruszasz jego przestrzeń. – skarciła brata Katie. Z całej trójki to ona najbardziej wyglądała jak Aiden, a sądząc po jej posturze i tonie głosu, zachowywała się też podobnie. Elisen westchnęła i spojrzała na mnie:

- Przepraszam za brata. – nie, nie nie przepraszaj, to ja przepraszam. Zaczałem wymachiwać rękoma. Dlaczego oni są tacy stresujący?

<aiden pomocy, dłużej tego opka nie pociągnę, uratuj dusia>
<Następne opowiadanie>

niedziela, 29 marca 2020

Lorelei DO Jakurai'a

Otaczała mnie bezkresna, błękitna toń. Wpłynąłem między rafę koralową, rozglądając się w poszukiwaniu małży. Wszystkie ryby obok których przepłynąłem, uciekały. Jakbym był jakimś drapieżnikiem, chowając się między kolorowymi koralami. Jednak dziś nie o te rybki mi chodziło. Raczej szukałem pereł. Niestety nie miałem szczęścia. Jedyne muszle, które znalazłem były albo puste, albo nie byłem w stanie ich otworzyć. Wreszcie znużony wielogodzinnymi poszukiwaniami i uderzaniem muszelkami o kamienie wynurzyłem się z wody, aby rozłożyć się na jednej ze skał znajdujących się bliżej brzegu. Padłem na twardą skalę zamykając oczy i mącąc ręką wodę tuż przy niej. Idealna cisza i spokój. Mogłem tak leżeć w nieskończoność, przysłuchując się krzykom mew i szumowi fal. Jednak ta melodia dzikiej plaży została w pewnym momencie zakłócona jakimś dziwnym innym szumem. Podniosłem głowę, rozglądając się zaskoczony. Dźwięk stawał się wyraźniejszy. Teraz definitywnie rozpoznałem dźwięk silnika. Faktycznie, gdy się odwróciłem, zobaczyłem dwie łódki. Co oni tutaj robili, tu nie wolno było łowić. Podczas przyglądania się całemu temu widowisku udało mi się dostrzec, że oni chyba na coś polowali. Możliwe, że delfiny? Zsunąłem się do wody, mając zamiar samemu, zbadać tą jakże kuriozalną sytuację. Podpłynąłem do kutrów. Nie pomyliłem się. Zaganiali stado delfinów na płyciznę. Gdy tak pływałem wokół łodzi, w pewnym momencie poczułem, że mój ogon się w coś zaplątał i nagle coś pociągnęło mnie do góry, wyciągając z wody. Zamrugałem zdziwiony, wpatrując się w równie zdziwionych żeglarzy. Raczej spodziewali się delfina, a nie mnie.
- Ups. Taka pomyłka chłopcy... Możecie mnie już wypuścić? - zapadła cisza a oni coś tam między sobą szeptali, spoglądając co jakiś czas na mnie.
Ja w tym czasie próbowałem wydostać płetwę z plątaniny żyłek będącej siecią. Gdy tak się radzili, doszedłem do wniosku, że chyba jednak jestem bardziej opłacalnym towarem niż nawet te biedne delfiny, o których zdaje się, zdążyli zapomnieć. I chyba jednak miałem rację, ponieważ nie dość, że nie odzyskałem wolności, to zostałem związany i zamknięty w jakimś schowku. Okropne traktowanie jak na żywą istotę. Od tego momentu wszystko działo się zbyt szybko. Po dostaniu mnie na ląd oczywiście nielegalnie jak mniemam, dostałem dość ciasne i niewygodne akwarium, w którym ledwo co mogłem się ruszać. Tak minęło parę kolejnych godzin. Przy czym byłem przekonany, że coś mi podali, bo reszty nie pamiętałem może parę słów o jakiejś licytacji.
Obudziłem się z potwornym bólem głowy. Gdy tak się rozglądałem, uświadomiłem sobie, że chyba znów otaczała mnie ta sama błękitna toń co dziś... Moment ile dni mogło minąć. Poderwałem się do góry i zacząłem rozglądać. Cisza. Zadziwiająco cicho tu było, mimo tego cieszyłem się, że mam znów gdzie pływać. Powoli machnąłem płetwą, żeby się porozglądać po nowym otoczeniu jednak gdy tak sobie pływałem nagle, z impetem wpadłem w jakąś niewidzialną ścianę. Złapałem się za nos, cicho przeklinając. Po czym znów podniosłem głowę, spoglądając na "przeszkodę". Szyba? Dlaczego szyba? Przyłożyłem rękę do szkła, zaglądając do środka. Okej tam definitywnie nie było wody. To, co ja robiłem w ludzkim domu. Popłynąłem na drugi koniec akwarium i znowu przyłożyłem ręce do szyby tym razem, próbując bardziej zaglądnąć do pomieszczenia. Czyli co teraz zostałem pupilkiem lub dekoracją w domu bogaczy? Głęboko westchnąłem i dałem sobie opaść na dno. Nie miałem pojęcia, ile czasu zdążyło minąć od dnia, w którym wplątałem się w sieć. Wiedziałem tylko, że zdążyłem zgłodnieć. Minęło kolejne parę dni, a ja cały czas jakoś próbowałem wydostać się z 'baseniku'. Bezskutecznie. W ostatnim akcie frustracji zacząłem walić głową o szybę, przed co tylko rozbolała mnie głowa a szyba ani drgnęła. Kamień nic nie dał to, czemu głową miała dać... Genialny pomysł naprawdę. Wróciłem na mój, można powiedzieć ulubiony kamień i się rozejrzałem. Co jakiś czas nachodziły mnie jakieś nieprzyjemne uczucia. Nie potrafiłem spokojnie usiedzieć, jakby mnie coś zaczynało swędzieć. Przez parę na następnych dni wcale nie było lepiej. Do tego zaobserwowałem na ciele szare kropki. Najpierw tylko na płetwie potem na całym ogonie. Jeśli to nie było wystarczająco denerwujące, zaczęło to potwornie swędzieć, przez co zaczęła mi skóra schodzić i w niedługi czas potem byłem przekonany, że się uduszę. A ci ludzie? NIC? Ile mogło im zająć zauważenie, że coś jest nie tak z główną ozdobą ich luksusowego salonu.
Najwyraźniej potrzebowali kolejnych 24 godzin, by zorientować się, że ja CHYBA UMIERAM. Mogłem ich jedynie zabijać wzrokiem ze swojego legowiska pomiędzy ozdobnymi roślinami w akwarium. Nie dziwota, że bali się podejść i mnie wyciągnąć. Byłem przekonany, iż wyglądałem przerażająco. Prawdziwa krwiożercza bestia. Zdecydowanie. Później okazało się, że w tym punkcie się pomyliłem. Służący dali radę mnie bez większych problemów wyłowić i posadzić w płytkim baseniku. Ponownie jedynie mogłem ich zabijać wzrokiem. Nikt kto dotykał mojego ogona, nie powinien żyć dłużej niż... Moment po tym, jak go dotknął? Rozejrzałem się.
- Chcę z powrotem do wody... tu jest za płytko. - wymamrotałem bardziej do siebie. I tak mnie, zostawili. ZNOWU.
Znowu się zacząłem drapać, zirytowany całą tą sytuacją. To by się nie zdarzyło w bezkresnym oceanie! Po chwili do pokoju weszły dwie osoby. Zamrugałem, przyglądając się im z zaciekawieniem.
- Tu jest. Naprawdę nie mam pojęcia co się z tą rybą dzieje. - powiedział jeden, mój domniemany właściciel.
Przynajmniej był przejęty. Przecież jego sterta pieniędzy wyglądała, jakby miała wyzionąć ducha. Czyli sprowadził mi lekarza. Ratunek jak miło... Machnąłem, płetwą rozchlapując wodę.
- Mogę wrócić do akwarium? - zapytałem znużony. - Tu na powierzchni jest znacznie gorzej z oddychaniem... A ja już się lepiej czuje. - skłamałem z szerokim uśmiechem, spoglądając na obie osoby znajdujące się w pokoju. - A nie wybaczcie. Ze mną się nie rozmawia. Ja jestem tylko rybą. Jak to się mówiło... Ryby i dzieci głosu nie mają?

( Doktorku? I need a doctor~ )

Yonki DO Bishamon

Otworzył szeroko oczy, nie wierząc własnym uszom. Naprawdę coś takiego usłyszał? Jak? Przecież... przecież wszystko było okej! Powiedział to co zawsze, nic nieodpowiedniego, a tu nagle taka reakcja!
Nie, on tego nie przemilczy. Nie tak o.
– No niech mi pan powie, czemu mnie pan nie przyjmie! – rzekł, podnosząc ton.
Posłał pytające spojrzenie stojącemu po drugiej stronie lady średniego wieku mężczyźnie. Rosły wilkołak patrzył na niego z góry krzyżując ręce na piersi, brwi były cały czas pod skosem na tyle, że Yonki miał ochotę nazwać go Gniewnobrwistym.
– Bo jesteś syreną – burknął mężczyzna, nie zmieniając swego poważnego tonu.
– No i? – zapytał Yonki nie ukrywając zdziwienia. – Tylko dlatego?
– Nie lubię syren.
Te słowa go dotknęły, mimo że w rzeczywistości nie był żadną syreną. To strasznie nieprzyjemnie brzmiało. Nie przyjmie go do głupiej pracy w restauracji, bo jest syreną. No jak tak można? Co mu się nie podobało w syrenach? To tylko rasa. Co innego, gdyby był człowiekiem, bo zdarzają się ludzie, którzy nie lubią innych humanoidalnych, bo mogą to, czego oni nie... i w ogóle są inni. Ale on był wilkołakiem. Zresztą, wilkołaki raczej nie miały na pieńku z syrenami. Jedni w połowie wilki, drudzy w połowie ryby. W zasadzie to pod pewnym względem byli do siebie podobni. Co mu więc się nie podobało w syrenach?
Cokolwiek to było, jakoś nie miał ochoty o to zapytać. Zamiast tego tylko mruknął:
– Rasista.
– Słucham? – oburzył się tamten.
Yonki uniósł brwi, spojrzał na niego, po chwili jednak sobie przypomniał, że wilkokrwiści mieli wyczulony słuch. Westchnął ciężko, krzyżując ręce na piersi. Nic jednak więcej nie powiedział, a jednym ruchem zabrał z blatu swój dowód osobisty i, obróciwszy się na pięcie, skierował się do wyjścia.
Wyszedł z restauracji, zatrzymał się na chodniku. Spojrzał za siebie na widniejące na drzwiach ogłoszenie, że właściciel pilnie szuka pracowników. Wtem prychnął. Jakby pilnie szukał, to by nie wybrzydzał. Spuścił wzrok na trzymany w ręku dowód osobisty. Znajdowały się na nim jego dane, z tą różnicą, że prawdziwe było tylko imię i zdjęcie. Nazwisko wymyślone, wiek to rzekome dwadzieścia trzy, w które i tak nikt nie wierzy, a w rasie pojawiła się taktyczna syrena, która to sprawiła, że nie dostał pracy. Serio, nawet wyglądu się tamten wilkołak nie przyczepił, tylko rasy. Ach, chyba będę musiał zdobyć więcej fałszywych dowodów.
Jakoś nie myślał o wyrobieniu sobie prawdziwego. Gdyby miał pokazywać dowód, gdzie czarno na białym napisane jest: Yonki, bóg chaosu, to tym bardziej nie znalazłby sobie żadnej pracy. No bo kto zatrudniłby boga chaosu? Kto? Znalazłby miejsce tylko u jakiejś najmroczniejszej mafii lub w kulcie boga chaosu. Ale nie chciał do ani jednego, ani drugiego. Mafie nie były fajne a osoby z kultu należały do jednych z najdziwniejszych istot, jakie kiedykolwiek widział. Nawet on ich uważał za dziwaków.
A myślał, że szybko znajdzie pracę. W zasadzie to na to liczył, bowiem już mu się kończyły pieniądze, do domu miał daleko, (obecnie przebywał w Królestwie Wschodnim), a do Summera to za bardzo nie chciał dzwonić. Już od niego wyciągnął trochę kasy, więc pewnie teraz by nie dostał. Pozostawało mu znalezienie sobie jakiejś roboty. Inaczej będzie musiał uciekać z hotelu bez zapłacenia. A wypadałoby w końcu przestać to robić.
No nic, miasto niemałe, może się jeszcze coś znajdzie.
Westchnął zrezygnowany. Sięgnął ręką do kieszeni spodni, z której wyciągnął portfel, gdy nagle ktoś na niego wpadł. Zachwiał się, wykonał parę szybkich kroków, by odzyskać równowagę. Miał szczęście, bo nie upadł, ale nie na tyle, by nic się nie stało. Portfel wyleciał z jego ręki i spadł na chodnik. Yonki czym prędzej się po niego schylił i, wyprostowawszy się, zaczął otrzepywać go z brudu, przy okazji chowając do niego swój dowód.
– Nie umiesz łazić?! Patrz, gdzie leziesz! – te słowa uderzyły z impetem w jego osobę.
Od razu zareagował na nie negatywnie. Jak zwykle to ci winni najwięcej hałasu robili. Nie dość, że na kogoś wpadali, to jeszcze nie mogli po prostu sobie pójść (już nawet nie wymagał od nich przeprosin) tylko robili awanturę na całą ulicę.
Ale chwila.
Ten głos.
Odwrócił głowę, spojrzał na młodo wyglądającą kobietę, która właśnie się prostowała. Zmierzył ją uważnie wzrokiem, minimalnie unosząc brew. Nie potrzebował zbyt wiele czasu, by ją rozpoznać. Bishamonten, bogini wojny. Może jakoś nie wchodził z nią nigdy w bezpośredni kontakt, ale z pewnością nieraz ją widział. Aż głupio by było, gdyby nie rozpoznał boga. Ale trafiłem! Szczerze mówiąc, dawno już nie napotkał na żadnego pobratymca. Cóż, jakoś tak go do nich nie ciągnęło, w końcu emeraańscy nie byli nie wiadomo jak zżyci. Pomińmy już fakt, że on nie należał do faworytów i mało kto go lubił.
W pewnym momencie zaczęło go ciekawić, czy bogini go w ogóle kojarzyła. Nie miał jakiegoś wielkiego, bardzo rzucającego się w oczy wyglądu ani nie uczestniczył żywo w żadnym boskim spotkaniu (o ile w ogóle tam był), więc jego postać mogła jej jakoś umknąć. Jednak nie musiał się długo zastanawiać, bowiem kobieta po przyjrzeniu mu się powiedziała:
– Jesteś Yonki, prawda? Bóg chaosu.
Posłała mu lekki uśmiech, wyglądała, jakby była dumna z samej siebie, że rozpoznała boga. Yonki zmierzył ją wzrokiem. Wow, pamiętała go. No sukces normalnie. Dawno nie spotkał kogoś, kto by tak szybko rozpoznał go jako boga. Ludzie zwykle nie kojarzyli go, a jak w końcu mówił, kim jest, to spora część nie chciała mu wierzyć. Ach, oni i te ich wyobrażenia.
– Wow – rzekł, chowając portfel do kieszeni spodni, po czym zaczął bić brawo. – Jesteś pierwszą osobą od jakiegoś już czasu, która mnie tak szybko rozpoznała, a nie widziała z dobre parę lat... a może i dłużej? Nie wiem, jakoś już dawno straciłem rachubę czasu.
Bogini patrzyła na niego chwilę, jakby nie za bardzo wiedziała, jak na to zareagować, co odpowiedzieć. Stała, mierząc go wzrokiem z góry na dół, w końcu jednak odparła:
– Cóż, nic się nie zmieniłeś odkąd ostatni raz cię widziałam.
– Ma się ten wieczny urok – uśmiechnął się, wzruszając ramionami.
Jeszcze nie miał okazji porozmawiać z Bishamonten. Jego brat rozmawiał z nią trochę, ale on sam wcześniej nie miał na to ochoty. Jakoś tak go nie zaciekawiła na tyle. Teraz jednak sytuacja była nieco inna. Jak wcześniej wspomniano, już trochę czasu minęło odkąd ostatni raz widział boga, dlatego pomyślał, że wykorzysta okazję. Pewnie nie dowie się za wiele o innych, bo z tego co pamiętał bogini wojny również nie była wielbicielką boskiej rodzinki, ale lepsze to niż nic.
Wtem do jego głowy przyszedł pomysł. Uniósł nieco brwi, w oczach pojawił się pewien błysk. Tak nagle nabrał ochotę na przeżycia. A akurat pomyślał sobie, że taka przygoda z boginią wojny mogłaby być ciekawym doświadczeniem. Mogliby coś szalonego zrobić. Ostatnio myślał o wmieszaniu się w szeregi jakiejś mrocznej organizacji i zniszczeniu jej od środka... Chociaż nie wiadomo czy Bishamon by się na to zgodziła. Bogini wojny, więc powinna lubić walki i takie tam, ale nie miał stuprocentowej pewności, że jej to przypadnie do gustu. No trudno, zawsze można zrobić coś innego. Czasami wystarczył jeden gest, by wywołać niemałe zamieszanie.
– Co tam u ciebie? – rzucił. – Pewnie masz wolny czas, skoro chodzisz i wpadasz na innych. – Skrzyżował ręce na piersi.
– A mam – odpowiedziała spokojnie bogini, choć dało się w jej głosie wyczuć nutę zawahania.
Yonki przyjrzał się jej uważnie. Jak się wahała trochę, to chyba wyczuła, że bóg coś knuje. Problem w tym, że tak jakoś nie wiedział, co by tu powiedzieć bądź zrobić, żeby niczego nie podejrzewała. Dlatego po dłuższym namyśle zrezygnował z bawienia się w tajniaka. Po prostu bez zbędnego owijania w bawełnę zaproponował:
– Może bym ci jakoś pomógł? Tak się składa, że ja też mam wolny czas – dodał.
Szukanie pracy jednak poczeka.
Bishamonten zmierzyła go wzrokiem, wolno przestępując z nogi na nogę.
– Pomógł? Jak? – posłała mu badawcze spojrzenie.
– Jak chcesz. – Wzruszył ramionami. – Pochwalę się, że jestem bardzo dobry w znajdywaniu przygód.
Uśmiechnął się dumnie, prostując się. W duchu miał nadzieję, że bogini przystanie na propozycję. Albo nie, w sumie kobieta nie musi. Jak się nie zgodzi, to i tak w coś ją wciągnie. W końcu był bogiem chaosu, zrzucenie jakichś kłopotów na innych (i siebie) nie było dla niego żadnym problemem.

Bishamon?